Bardzo nie lubię odkrywać hipokryzji w ludziach, których cenię. Bardzo nie lubię się zawodzić. Bardzo nie lubię, gdy spotyka mnie to po raz kolejny. Bardzo nie lubię... w ogóle nie lubię ludzi. Co i rusz się zawodzę, a skoro bywa to tak często jest to pewnie w dużej mierze moja wina. Nie lubię odkrywać, że to jest moja wina. Tylko czy zawsze jest moja, a jeśli tak to w całości? Nie lubię w całości. I nie lubię nie lubi(e)ć.
Są jednak też chwile ostatnio bardzo miłe. Przygotowuję się doustnej z polskiego, dzięki czemu mogę z lubością zatopić się w opracowaniach nt. Tolkiena i jego twórczości. Jedyne czego załuję to to, że mam tak malo czasu na prezentację i że za pno zaczęłam. Myślę, że gdybym miała jakieś dwa tygodnie to mogłabym przygotować coś NAPRAWDĘ dobrego. Konspekt był robiony w ciemno przez co trochę mnie teraz krępuje, ale luz. Z tym też sobie poradzę. Jakoś :)
Drugą miłą sprawą jest to, że w szkole nas docenili. Dostaniemy prezenty za to, że się tak "męczyliśmy" przez trzy lata i nieustannie byliśmy w pogotowiu gdy trzeba było śpiewać, grać, wymyślać, pomagać, itd... To bardzo miłe jest. Naprawdę, bardzo, bardzo :)
Nauka gry na saksofonie idzie mi coraz lepiej. Miałam wczoraj drugą lekcję. Nadal muszę jednak popracować nad zdęciem, dlatego dzisiaj co jakiś czas, podczas przerw w czytaniu wpadam do toalety i gram przed lustrem. Odpoczywam. Jest fajnie.
Po polskim będę miała zakończone matury. Cieszę się. Bałam się przeokrutnie, ale w gruncie rzeczy nie poszło mi aż tak źle, jestem zadowolona. I jestem dobrej myśli.
3 plusy przeciw 1 minusowi - robię postępy :D