Koncert Pasyjny
Wybrałam się wczoraj do naszej wspaniałej Filharmonii Częstochowskiej. Zwykle tego nie robię z racji przekonania, iż jest to rasowe samobójstwo. Nie zawiodłam się w sumie i tym razem. Warto jednak opisać ten cyrk. Zaserwowano trzy utwory - "Stabat Mater" Vivaldiego, "Etiuda b-moll op.4 nr 3" i "Stabat Mater op.53" Szymanowskiego.
Przyznam się szczerze, że zwabił mnie utwór nr. ! i to tylko dlatego, że sama miałam śpiewać go na egzaminie. Utwór oryginalnie pisany na alt wykonany został przez kontratenora. Nieczysto. Niewyrażnie. Bez emocji. Z problemami oddechowymi. Nie żebym była jakaś świetna i znała się na tym jak nikt inny, ale jednak halo... człowiek, który skończyl Akademię Muzyczną powinien sobą coś reprezentować. Zawiodłam się przeokrutnie.
"Etiuda" poszła nieco lepiej(to już wykonanie czysto instrumentalne). Nie przepadam za Szymanowskim, ale ta mi się podobała. Jak na naszą Filharmonię wykonanie przyzwoite.
"Stabat" wyszło zdecydowanie najlepiej z całej trójki. Sopran-alt-beryton. Z tego grona do gustu najbardziej przypadł mi alt. Właściwie to nawet mi się bardzo podobało jak zaśpiewała. Sopran wyeksponował "kozę"(cytując koleżankę). Chór się zgubił wiedziony na barykady przez panią sopran.
Hmm... dużo wpadek. Koncert mało emocjonujący. I w ogóle do bani. Właściwie to wykonanie "Stabat Mater" Szymanowskiego ratuje przed nazwaniem go totalnym nieporozumieniem. Teraz mogę powiedzieć 'marny'.

Witam :) Jakoś przez "przypadek" natrafiłam na tą stronkę... I chciałam CI życzyć odnalezienia tego co chcesz robić, bo wiem co to znaczy nie wiedzieć co chce się robić itd. ;)
A co do "kozy" to byłam ja!!:D -> apel do Twoich czytelników ;)